OPOWIEŚĆ

LOVE STORY – Moje pierwsze opowiadanie

Rzecz o miłości, stracie oraz nadziei

Zawsze chciałem pisać coś więcej, niż bloga. Chciałem, by moje historie docierały nieco dalej niż do przysadki mózgowej moich czytelników. Chciałem, by poruszały ich serca i poprzez łapanie tego nieforemnego organu w odpowiednich miejscach, uczyły wrażliwości oraz zapisywały się grubym drukiem w ich pamięci.

ZANIM ZACZNIEMY…

Niniejsze siedem tysięcy słów to moja nieśmiała próba sprawdzenia swoich – ćwiczonych przez lata – umiejętności władania słowem. A jako że mam dosyć wybuchowy charakter, to parę razy z wyżej wspomnianym słowem zdarzyło mi się pokłócić, przez co prawdopodobnie stylem bliżej mi do Bukowskiego niż Bułhakowa. Ale to nic. Dopiero zaczynam, a wy to rozumiecie. A jeśli nie, to już teraz możecie zrobić w tył zwrot i już nigdy tu nie wracać. Nie będę płakał.

Reszta jednak niech usiądzie wygodnie i powoli przygotuje na najdłuższą (i prawdopodobnie także najbardziej łzawą) opowieść, jaką kiedykolwiek wam zaserwowałem.

W tekście pojawi się sporo piosenek, które będą automatycznym przedłużeniem lub uzupełnieniem całej historii, dlatego bardzo was proszę, abyście – gdy tylko jedna z nich się pojawi – nie pomijali jej, wsłuchali się w nie i spróbowali za ich sprawą jeszcze bardziej wczuć się w opowieść. Bo to, czego nie byłem w stanie przekazać wam słowami, dopowiem muzyką.

Istnieje także spore prawdopodobieństwo, że niektóre fragmenty niniejszego opowiadania są już wam dobrze znane, a samego zakończenia tej historii także się domyślacie, bo i nim się z wami podzieliłem. Ale to nie szkodzi, gdyż dopiero tutaj wszystko układa się w spójną całość, a i tak większej części tej historii nigdy wam nie zdradziłem.

I chyba najwyższy czas to zrobić.

PRZEDMOWA

Jednym z najbardziej wyświechtanych powiedzeń, jakie kiedykolwiek usłyszałem, było to, że życie pisze najlepsze historie. Nigdy się z tym nie zgadzałem. Zawsze twierdziłem, że dobre historie to te, które przeżywamy na własnej skórze, a te najbardziej poruszające nasze serca zawsze mają w sobie odrobinę fikcji.

Problem ze mną polega jednak na tym, że stosunkowo często zmieniam zdanie i kiedy parę lat temu w mojej głowie zrodził się pomysł na to, co przeczytacie za chwilę, nie sądziłem, że dane mi będzie kiedyś tak bardzo się mylić. Byłem jeszcze wtedy szczeniakiem, któremu wydawało się, że najlepsze sceny akcji i najbardziej gorzkie dramaty możemy oglądać jedynie w kinie. Dziś wiem, że to nieprawda.

Ale do tego jeszcze dojdziemy. Pod koniec – bo pod koniec – ale dojdziemy. Obiecuję wam to.

Na razie jednak, nie zwlekając dłużej, chciałbym wziąć was do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło. Uprzedzam – będzie zimno, więc załóżcie kurtki. Będzie szarpało, więc zapnijcie pasy. I na koniec może być także melancholijnie, więc przygotujcie chusteczki. W końcu tytuł zobowiązuje.

Gotowi? W takim razie zaczynajmy!

LOVE STORY

I

Miałem 17 lat, gdy się poznaliśmy. Była ode mnie cztery lata starsza. Pamiętam dokładnie ten dzień, gdy nasze drogi się skrzyżowały. Czekałem na dworcu w Lublinie, na odjazd w stronę Krakowa. Był sam środek najmroźniejszej zimy, jaką pamiętam. Mój pociąg był spóźniony o trzy godziny, a ja miałem na sobie jedynie jesienną kurtkę, sweter, cienkie jeansy i przemoczone buty. Nie miałem grosza przy duszy, bo dzień wcześniej wszystko przepuściłem w klubie. I choć chciałbym teraz napisać, że na dziwki i ćpanie, niestety byłem jeszcze na garnuszku rodziców. Kasy wystarczyło mi jedynie na parę drinków, kilka piw i paczkę fajek. Wracając jednak do tego klubu, to możecie mi wierzyć, że była to najgorsza z melin, w jakiej kiedykolwiek byłem. Brud, smród i droga whisky. A kolejki do kibli gorsze niż u nas w Krakowie.

Siedziałem więc na tym cholernym dworcu z pustym portfelem i czułem, że za chwilę zamarznę. I wtedy przyszła ona – miała kruczoczarne włosy, niebieskie oczy i sportowe buty. Miała na sobie także niebieski fartuch w białe kropki i miała na oko jakieś piętnaście kilogramów nadwagi. Całość zdobiła przetłuszczona cera. To była sprzątaczka. Kazała mi podnieść nogi, bo akurat chciała tutaj umyć podłogę. I tak nie byłbym w stanie utrzymać moich skostniałych członków w powietrzu, więc po prostu wstałem i poszedłem w stronę baru. Jakimś cudem (serio, do teraz nie mam pojęcia jak) wygrzebałem z kieszeni trzy złote. Ostatnie, brzęczące i uśmiechające się do mnie zawadiacko z mojej zmarzniętej ręki, trzy złote. Nie zastanawiając się dłużej, postanowiłem kupić kawę. Starczyło mi jedynie na jakąś paskudną lurę, ale biorąc pod uwagę to, że była ciepła, a cukier w saszetkach był darmowy, to byłem w siódmym niebie.

Niczym pieprzony bóg z pieprzoną kawą w ręce.

Kolejne dwie godziny pominę, gdyż były niemiłosiernie nudne. No, chyba że chcecie czytać o tym, jak przez 120 minut błąkałem się po dworcu, delikatnie pociągając z kubka, aby na pewno kawa, którą kupiłem za swoje ostatnie pieniądze, wystarczyła mi do czasu, aż przyjedzie pociąg.

W końcu jednak nastała ta chwila i obskurne TLK zajechało na peron. Wsiadłem do swojego przedziału i poczułem, że szczęście się wreszcie do mnie uśmiechnęło. Cały przedział dla siebie. Co więcej – spora część wagonu świeciła pustkami.

Jeśli w ciągu następnych dziesięciu minut nikt się nie dosiądzie, to wygrałem życie – pomyślałem sobie.
I rzeczywiście – pociąg ruszył, a do mojego przedziału nikt się nie dosiadł. O tak, chyba fortuna rzeczywiście spojrzała na mnie przychylnym okiem. No najwyższa pora, stara suko.

Zasłoniłem firanki, przygasiłem światło i pomyślałem sobie: Jest tak, jak lubię. Swojsko.
Następnie założyłem słuchawki i włączyłem sobie Floydów. Tak, jak lubię.
Po chwili jednak zauważyłem, że ktoś rozsunął drzwi i wszedł do przedziału.

I tak ją poznałem.

II

Jechaliśmy ze sobą już jakieś trzydzieści minut, a ja wciąż zastanawiałem się, jak mógłbym do niej zagadnąć. Wierzcie mi lub nie, ale po dwóch dniach spędzonych na tym odludziu zwanym Lublinem, w miejscu, w którym nawet wrony zawracają, jedyne o czym marzyłem, to rozmowa. Nie miałem przy sobie żadnej książki, ani niczego, co pomogłoby mi przeżyć te sześć godzin drogi. iPada, który zwykle towarzyszył mi podczas podróży, przehandlowałem za bilet na koncert Rogera Watersa w Warszawie. Ale o tym innym razem. Faktem było natomiast to, że cholernie się nudziłem i obawiałem się, że jeśli potrwa to odrobinę dłużej i nikomu się nie przedstawię, to zapomnę jak się nazywam. Dlatego musiałem z kimś porozmawiać. Z kimkolwiek. A ona jeszcze na dodatek miała cycki. Tak, zdecydowanie musiałem coś wymyślić, by jakoś rozpocząć rozmowę. Zacząłem więc szukać jakiegoś punktu zaczepienia. Czegoś, o co mógłbym się zahaczyć. Wspólnego mianownika.

Lovecraft, czyta Lovecrafta. Cholera, ja znam go tylko z jednego kawałka Metalliki.
Dalej… naszywka Aerosmith. I Bon Joviego. Nie, jeszcze mnie nie popierdoliło, bym udawał fana Stevena Tylera lub Bon Joviego. Tak nisko jeszcze nie upadłem. Guns n’ Roses, Black Sabbath – to jeszcze jakoś bym przełknął, ale Aerosmith? Nie ma opcji.

No więc, co by tu jeszcze? No, jak na złość. Szukam i nic. Przecież nie zagadam, dokąd jedzie. I gdy tak jeszcze przez parę chwil próbowałem znaleźć coś, co dałoby mi pretekst do rozpoczęcia rozmowy, nagle odezwała się ona:

-Coś nie tak? – spytała, jakby z wyrzutem.

To niby do mnie? No tak, przecież nikogo innego nie ma w przedziale, kretynie. Tylko ja i ona. Oczywiste było więc, że mówi do mnie. Byłem jednak na tyle speszony tak nieoczekiwaną reakcją, że jedyne, co byłem w stanie z siebie wykrzesać, to „hmm?”. Choć jak teraz sobie tę sytuację przypominam, to do porządnego „hmm?” temu, co wtedy z siebie wydusiłem, dość sporo brakowało.

– Hmm? – wykrztusiłem z siebie.
-Jestem brudna, czy po prostu chcesz mnie okraść?
-Yyyy… nie… nie do końca rozumiem. Co proszę? – spytałem totalnie zdezorientowany
-Od blisko czterdziestu minut łypiesz na mnie wzrokiem. Pomyślałam więc, że albo coś jest ze mną nie tak, albo chcesz mi coś ukraść – i powiedziawszy te słowa, lekko uśmiechnęła się kącikiem ust

Wiecie, są takie momenty, gdy zdajecie sobie sprawę, że osoba, z którą rozmawiacie jest normalna i nie ma sensu owijać w bawełnę. Lubię takich ludzi. Powie parę słów i już od razu wiesz, że możecie grać z nimi w otwarte karty. W ten sposób poznaje się ludzi inteligentnych. Żadne tam konwenanse. Wali prosto z mostu. Onieśmiela Cię i ani się obejrzysz, a przegadaliście ze sobą całą noc.

I tak właśnie było z Julią. Chwilę później mi się przedstawiła.

III

Zawsze miałem problem z kobietami. Być może to wina tego, że wychowałem się z matką. Brak męskiej ręki i fakt, że mniej więcej do dwunastego roku życia dzień w dzień przebywałem z przyjaciółkami mojej mamy (bo ta w tym czasie harowała jak wół w średnio płatnej pracy, by zapewnić mi przyszłość) sprawiły, że o kobietach wiedziałem praktycznie wszystko. Gdy w czwartej klasie omawialiśmy układ rozrodczy człowieka, ja wiedziałem już, czym jest miesiączka i jak przebiega. Gdy moi kumple dziwili się, że kobieta może dojść bez wkładania sobie niczego do dziurki, ja wiedziałem, dlaczego i myślałem sobie wtedy: cholera, fajnie by było mieć łechtaczkę. I nie myślcie sobie, że miałem zboczone ciotki, które uczyły mnie tego wszystkiego. Nie, ja po prostu zawsze lubiłem słuchać.

I tu dochodzimy do sedna. W pewnym stopniu rozumiałem kobiety. Wiedziałem o ich lękach, obawach i pragnieniach. Wiedziałem, kim gardzą, a kogo podświadomie potrzebują. I właśnie to mnie czasami blokowało. Gdy już prawie chciałem coś zrobić, umówić się z jedną z nich, to zawsze ktoś mnie ubiegał. Zbyt dużo myślałem. Wszystko poddawałem analizie. Zwykle mężczyźni nie myślą o tym, czy mogą czymś skrzywdzić dziewczynę. Biorą to, na co mają ochotę, kobietom imponuje ich pewność siebie, a później płaczą przez nich po nocach. Zazwyczaj bez wyciągania z tego jakichkolwiek wniosków.

Ja natomiast zawsze myślałem najpierw o tym, co jest dobre dla tej drugiej osoby, a dopiero później brałem pod uwagę siebie. I dlatego zawsze wszystkie najlepsze laski zgarniali mi sprzed nosa moi kumple.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak wkurwiałem się na te wszystkie cizie, które potrafiły godzinami gadać o księciu z bajki, wzajemnej akceptacji i tych wszystkich rzeczach, które cechują idealne związki, a później dawały się omamić byle idiocie, który na kilometr śmierdział „potrzebą zaliczenia dupy na imprezie” i szły z nim do łóżka.

Chwilami przeklinałem fakt, że nie miałem przy sobie taty. Jedyne, co był w stanie powiedzieć mi na temat spraw damsko-męskich, to to, bym nie zabrudził za wcześnie jakiejś dziewczyny. Prawdziwy ekspert, kochający ojciec.

Mając 14 lat mogłem stracić dziewictwo z najlepszą laską, jaką kiedykolwiek widziałem. No, dobra, najlepszą na obozie wakacyjnym. Cały turnus akurat pojechał na wycieczkę, a my wcisnęliśmy wychowawcom, że się źle czujemy. Nie opłacało się zostawiać nikogo do opieki nad nami więc byliśmy sami. I przede wszystkim napaleni szczenięcym pociągiem do siebie. Siedzieliśmy u niej na łóżku, dotykaliśmy się i całowaliśmy. Zacząłem ściągać jej koszulkę, a następnie stanik. Nie jestem pewien, ale był to chyba pierwszy raz, gdy zobaczyłem kobiece piersi. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że były niewielkie, ale i tak wtedy sprawiały wrażenie ogromnych.

Zacząłem je całować i muskać językiem schodząc ustami coraz niżej i niżej, aż doszedłem do jej koronkowych majtek. Śmieszna sprawa, ale zauważyliście, że w opowiadaniach dupy zawsze mają koronkowe majtki? Nigdy nie są lniane, bawełniane czy ze streczem. Zawsze koronkowe.

Ale mniejsza o to. Teraz czas na mój popisowy numer, który wcześniej widziałem tylko w pornosach. Ściągnę jej te majtki zębami. To będzie coś.

Złapałem je więc zębami i mocno pociągnąłem. O, kurwa – pomyślałem i dopiero teraz dotarło do mnie, co zrobiłem. Nie dość, że odgryzłem jej kokardkę, która ozdabiała je tuż nad wzgórkiem łonowym, to jeszcze całe je potargałem. Spojrzałem szybko na jej twarz – wpatrywała się w sufit i mruczała coś do siebie pod nosem. Hmm, czyli jest szansa, że nie zauważyła. Ale tak czy siak wiedziałem, że mam przejebane – co robić, co robić? Myśl, idioto…! Mam!

Zdjąłem jej te cholerne koronkowe majtki, podniosłem się tak, by zauważyła, że przerwałem, po czym zwinąłem je w kłębek i powąchałem. Całkiem przyjemny zapach. Zresztą, to pierwsza tego typu sytuacja. Choćby nawet pachniały moczem, to prawdopodobnie i tak z uwagi na to, że byłem niesamowicie podniecony, ten zapach by mi się podobał.
Tak więc, powąchałem je, po czym powiedziałem do niej:

– Mogę je sobie wziąć na pamiątkę?
– Um… majtki? Po co?
– Chciałbym, żeby zostało mi coś po tej chwili.
– Hmm… jasne, czemu nie?

Uff, udało się. Teraz mogę wrócić na dół. W końcu pierwszy raz miałem styczność z kobiecą myszką. Czułem się jak gracz, który właśnie odblokował nowy level. Było cudownie.
Po chwili jednak zapragnąłem pójść o krok dalej. Ściągnąłem więc spodnie, zdjąłem majtki i przygotowałem się do tego, aby w nią wejść.

– Zaczekaj! – powiedziała szybko.
– Hm? Coś nie tak?
– Nie, wszystko w porządku, ale nie chcę, by była to przypadkowa sytuacja. Słuchaj, chyba coś do Ciebie czuję, ale… ale muszę być pewna tego, czy ja dla Ciebie też coś znaczę.

To był ten moment, gdy mogłem jej powiedzieć wszystko. Że ją kocham, że świata poza nią nie widzę, że kiedyś będę chciał mieszkać z nią w białym domku przy plaży i codziennie rano jeździć konno wzdłuż linii brzegowej.

Dalej żałuję, że tego nie zrobiłem. Bo mój pierwszy raz i tak był beznadziejny. Zresztą my, faceci, i tak podchodzimy do tego zgoła inaczej, niż kobiety. Nie chciałem tylko jej skrzywdzić. Jaką chorą opinię wyrobiłaby sobie o facetach, gdyby ten, z którym straciła dziewictwo, okłamał ją tylko po to, by ją zaliczyć?

Powiedziałem więc, że od początku traktowałem to jako zabawę i byłem przekonany, że i ona chce po prostu miło spędzić czas.
Jak się pewnie domyślacie, szczerość i to, że nie chciałem jej skrzywdzić wcale się nie opłaciły. Odepchnęła mnie, rzuciła ubraniami i kazała wypierdalać.
Tego dnia zrozumiałem, że nie tylko mam problem z kobietami, ale także, że chyba nigdy ich do końca nie zrozumiem.

IV

Kiedy pewnego wieczoru wracaliśmy z Julią z imprezy do jej mieszkania, wzięła ze sobą jedną z koleżanek.

Obejrzeliśmy wspólnie film, po czym strzeliłem Anglika i udałem się na górę. Chyba miałem jakiś artykuł do napisania. Mniejsza z tym. Istotne jest jedynie to, co wydarzyło się później.

Po dwóch godzinach wróciłem na dół do Julii. Jej koleżanka niedawno poszła spać.
Usiadłem obok niej, otworzyłem sobie Carlsberga i wziąłem do ręki pilota. Przysięgam, po całym dniu, wieczornej imprezie i późniejszym pisaniu artykułu, który dopiero co skończyłem, byłem tak wymęczony, że jedyne o czym marzyłem, to puścić sobie Top Gear i napić się piwa. I tak też zrobiłem. Julka siedziała obok mnie na kanapie, a ja oglądałem telewizję. Jak stare małżeństwo – pomyślałem. Podobała mi się ta wizja. To, że moglibyśmy wyglądać tak w wieku 50 lat, siedząc oboje na kanapie i robiąc to, co robią wszystkie pary. Ta myśl mnie uspokajała. Czułem jej magnetyzm o tyle mocniej, że sam nigdy nie mogłem być świadkiem tego, jak moi rodzice spędzali ze sobą czas i robili wszystko to, co zwykle robią małżeństwa. Jak przez mgłę pamiętam jedynie kłótnie i wzajemne oskarżanie się. Nigdy taki nie będę – mówiłem sobie, siedząc na tamtej kanapie i planując to, jak mogłaby wyglądać moja przyszłość u boku Julii.
I gdy tak sobie dumałem, ona się odezwała:

– Kacper? – zaczęła niepewnie – mogę o coś spytać?
– Jasne, mistrzu. Co jest?
– Rozmawiałam z Leną. Coś mi powiedziała. Słuchaj… ja wiem, że mamy luźne relacje. Kochamy się, ale wiem, że czasami nie jesteś w stanie się powstrzymać i zdarza się tak, że lądujesz z kimś w łóżku albo…
– Albo jakaś laska robi mi dobrze na wyjeździe z kumplami? Myślałem, że już zamknęliśmy ten temat.
– Zamknęliśmy. Słuchaj – wiem, że świata poza mną nie widzisz i chcesz spędzić ze mną resztę życia. Wiem też, że jesteś młody i chcesz się wyszumieć. Nie bronię Ci tego. Ale o wszystkich tych sytuacjach mi mówiłeś.
– Mówiłeś? – spytałem, czując, jak miesza się we mnie niepewność ze złością
– Nie zniosę kłamstw…
– Kłamstw? Co do… jakich, cholera, kłamstw? Czy kiedykolwiek Cię okłamałem? No dobra, czasami, gdy piszę, że idę poczytać książkę, to owszem, zdarza mi się iść po prostu zrobić kupę, ale… nie, przecież Cię nie oszukuję!
– Lena mi powiedziała…
– Okey, here we go again. Lena, tak? Po prostu bajka.

Warto chyba w tym momencie dodać, że… jakby to dyplomatycznie ująć, żeby nikogo nie urazić? Z Leną nie żyliśmy w zbyt dobrej komitywie.

Była jedną z tych dobrych koleżanek, którym zależy na losach swoich najlepszych przyjaciółek. Słowem – przy każdej możliwej okazji służyła Julce dobrą radą, a jeszcze bardziej to uściślając – zwyczajnie wpieprzała się w nie swoje sprawy i podjudzała Julię przeciwko mnie.

Każdy taką zna: dużo szczeka, niewiele wie. No, i zawsze wywęszy okazję, by coś spierdolić.
Dokładnie tak było i tym razem:

– Jesteś do niej uprzedzony – skontrowała Julia.
– Jasne, że jestem. Nienawidzę tej kłamliwej kurwy – powiedziałem – Pozwól mi coś uściślić. Dziewczyna wodzi was za nos – mam na myśli tu Ciebie i Karolinę – podburza ją przeciwko Tobie, a Ciebie obwinia o jej wszystkie problemy. Nie pamiętasz już?
To przez nią zaczęłam pić i stałam się taka, jak jestem. To jej wina.
– Lena się zmieniła…
– No tak, a to gówno, które powiedziała Ci przed chwilą jest tego dowodem. Uwaga wszyscy! Informacja z ostatniej chwili: zmieniono znaczenie wyrażenia „troszczyć się”. Od teraz to pojęcie oznacza podburzanie związku swojej przyjaciółki poprzez wyssane z palca informacje o jej chłopaku.
– Nawet nie dałeś mi dokończyć…
– Tu już wydałaś osąd. Nie ufasz mi. Słowo tej rudej dziwki ma dla Ciebie większą wartość, niż moje.

To była jedna z tych chwil, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że już po dwóch szklankach whisky nieco puszczają mi nerwy. Nienawidziłem Leny, ale z drugiej strony dopiero teraz dotarło do mnie, że drzwi do pokoju, w którym spała były uchylone, ja mówiłem za głośno, a ona najprawdopodobniej jeszcze nie spała. A jeśli nawet spała, to możliwe, że na tyle płytko, że moje słowa ją obudziły. Od teraz postanowiłem trochę bardziej się pilnować. Nienawidzić kogoś to jedno, a otwarcie wykrzykiwać, że ktoś jest podłą kurwą, to drugie. I choć z reguły miałem takie rzeczy gdzieś, to tym razem byłem na terenie Julki. Fakt, byłem totalnie wkurwiony na Lenę, lecz jakieś resztki przyzwoitości nakazywały mi ten jeden raz się powstrzymać.

– Przepraszam. Po prostu nienawidzę, gdy ludzie wchodzą z buciorami w nasz związek. – powiedziałem spokojnie – Nie mają zielonego pojęcia o tym, jak bardzo się kochamy i podburzają nas przeciwko sobie. Oczywiście zawsze ‚w dobrych intencjach’. Zawsze pokątnie. Zawsze tak, jakby ich nadrzędnym celem było nasze dobro. A prawda jest taka, że ich wszystkich kłuje to, że jesteśmy szczęśliwi i lubią patrzeć, jak między nami, za sprawą ich plotek i ‚dobrych rad’, robi się napięta atmosfera. To nie są przyjaciele. To szczury – rzuciłem, po czym zdobywszy się na odrobinę więcej odwagi, wycedziłem:
– Nie rozumiem, jak dalej możesz się z nią przyjaźnić. Po tym wszystkim?
– Ja po prostu… – powiedziała łamiącym się głosem – …po prostu nie chcę stracić przyjaciółki.

Powiedziawszy to, odwróciła nieco twarz, a na jej lewy policzek i kawałek czoła padło żółtawe światło lampy. Dopiero teraz dostrzegłem, że jej oczy szkliły się od łez. Mnie też coś chwyciło w gardle. Zawsze byłem pipką.
Przysunąłem się do niej i przytuliłem ją. Uwielbiam czuć tę intymną więź pomiędzy mną a nią, kiedy oboje jesteśmy całkowicie odkryci. Zrzucamy pancerze i oboje mamy łzy w oczach.

Przytulam ją coraz mocniej. Czuję zapach jej włosów. Zawsze używała takiego naturalnego szamponu z bambusa. Właściwie to używała tylko i wyłącznie naturalnych kosmetyków. Miała na tym punkcie fioła.

Siedzieliśmy tak, przytuleni do siebie, ze łzami, które spływały nam po policzkach. Kamera się oddalała, a z zewnątrz można było usłyszeć cichy śpiew ptaków…

V

Byłem spóźniony. Autobus, którym miałem dojechać na dworzec złapał gumę, a ja w swojej niekończącej się głupocie nie przewidziałem takiej ewentualności, dlatego też nie wziąłem ze sobą gotówki na taksówkę. Zresztą, nawet gdybym ją teraz zamówił i poprosił kierowcę, by przed zakończeniem kursu zatrzymał się przy najbliższym bankomacie, to i tak zajęłoby mi to zbyt wiele czasu. Dlatego też, nie zastanawiając się dłużej i nie tracąc cennego czasu, złapałem bagaż i wysiadłem z autobusu. Od dworca dzieliło mnie sześć przecznic. Cóż, biegałem już na dłuższe dystanse. Był jednak środek lata i wiedziałem, że będzie to droga przez mękę. Zwłaszcza mając ze sobą dużą, prawie dwudziestokilową, walizkę. Nie miałem jednak wyboru. Złapałem to cholerstwo, niczym wielki, kineskopowy telewizor i zacząłem biec w stronę dworca. Jeszcze 13 minut do odjazdu…– powtarzałem sobie w myślach i biegłem, jakby goniło mnie ISIS. Jedna przecznica, druga i trzecia. Byłem totalnie wypruty, ale wiedziałem, że jeśli się spóźnię, to Julka mnie zabije. Miałem jechać tym pociągiem do Gdyni. Ona sama przyjechała tam dzień wcześniej ze swoim ojcem oraz koleżanką.

Ja miałem dojechać dzień później. Wiedziałem, że jeśli nie wykrzesam z siebie jeszcze choćby odrobiny sił, to na czasie przeszłym niedokonanym się skończy. A wtedy nikt nie chciałby być w mojej skórze.

Planowaliśmy bowiem ten wyjazd już od prawie roku i obiecaliśmy sobie, że wszystko będzie idealne.

Jakoś jednak dotarłem. Rozłożyłem się na swoim siedzeniu, założyłem słuchawki i włączyłem pierwszą z brzegu piosenkę.

To była Jolka Budki Suflera.

Pewien łysawy Brazylijczyk pisał kiedyś, że gdy czegoś bardzo mocno pragniemy, to cały wszechświat potajemnie spróbuje nam pomóc. Tego dnia zrozumiałem, że jest w tych słowach odrobina prawdy.

VI

To były najpiękniejsze wakacje naszego życia. Każdy dzień spędzaliśmy ze sobą i dla siebie. Jakby czas zatrzymał się specjalnie dla nas. Budziliśmy się po południu i szliśmy na plażę. Tam zawsze jedliśmy swój pierwszy posiłek. Zwykle była to albo świeża ryba z surówką, albo… świeża ryba z surówką. Bo nic nie smakuje tak dobrze nad morzem jak idealnie wypieczona, świeżo złowiona ryba. Zwłaszcza, gdy jest się przyzwyczajonym do mrożonek z supermarketów. Bo raczej trudno o coś innego, jeżeli mieszka się na drugim końcu Polski, 600 kilometrów od morza.

Dlatego, jeśli kiedykolwiek będziecie w Kołobrzegu, to pamiętajcie, żeby koniecznie zahaczyć o restaurację Rewińskiego. Nigdzie na całym Pomorzu nie serwują tak dobrych ryb, jak tam.

Później zazwyczaj szliśmy na plażę i wylegiwaliśmy się jak dwa ociężałe walenie. Julka niezbyt lubiła to określenie, ale ja uwielbiałem się z nią droczyć. Dlatego od czasu do czasu porównywałem ją do morsa lub walenia, a gdy ona protestowała i mówiła, że wcale nim nie jest, ja twierdziłem, że każdy waleń tak mówi i żartobliwie groziłem, że zadzwonię po Greenpeace.

To były niewinne żarty, bo zawsze później przytulałem ją i mówiłem, że jest najpiękniejsza na świecie.

I wierzcie mi – była.

Miała w sobie wszystko to, co kocham w kobietach, krągłe biodra, idealnie zarysowane piersi, spory tyłek, który mógłbym każdego dnia odkrywać na nowo i szlachetne rysy twarzy. Nie była ani zbyt gruba, ani zbyt chuda. Była idealna. To jedna z tych kobiet, które powinny były urodzić się pięćdziesiąt lat temu we Włoszech i mieć na nazwisko Bellucci. Takich kobiet już nie robią. Trafił mi się prawdziwy skarb. I mimo moich docinków ona o tym wiedziała.

Kiedy znudziło się nam przewracanie z boku na bok, wracaliśmy do swojej przyczepy kempingowej i bzykaliśmy się, aż oboje mieliśmy dość. Robiliśmy to w każdej możliwej pozycji i chętnie eksperymentowaliśmy. Byliśmy ciekawi siebie i nowych doznań. Ja byłem jej pierwszym mężczyzną, a ona moją pierwszą poważną dziewczyną.

Wieczorami wychodziliśmy z nią i jej przyjaciółką, Kasią, na plażę. Zwykle kupowaliśmy sobie butelczynę wódki i opowiadaliśmy sobie najgłupsze i najbardziej wstydliwe historie z naszego życia. Wiecie, alkohol rozwiązuje język.

Kiedy kończyła nam się jedna butelka, szliśmy po drugą. Banda nastoletnich alkoholików – mówiliśmy na siebie i śmialiśmy się.

Gdy czuliśmy, że nie jesteśmy w stanie już nic z siebie wykrzesać, a zarówno nasze nogi, jak i zdolność mówienia odmawiają posłuszeństwa, to chwiejnym krokiem wracaliśmy do swoich przyczep.
Kasia do swojej, my do swojej.

Następnie ściągaliśmy z siebie ubrania, zazwyczaj potykając się oraz demolując całą przyczepę i niesamowicie dobrze się przy tym bawiąc. Mieliśmy taki zwyczaj, że oboje ściągaliśmy sobie skarpetki. Nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, ale było to dla nas bardzo intymne przeżycie. Julia wiedziała, że uwielbiam jej stopy i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że sprawia mi to ogromną przyjemność. Kiedy już to zrobiłem, zawsze ją w nie całowałem. Brudne czy nie. Miałem to w dupie. Jak dla mnie, mogłaby nie myć ich przez tydzień, a i tak kochałbym zarówno ją, jak i jej stopy tak samo mocno.

Kiedy już znudziłem się jej stópkami, zwykle po prostu kładłem się obok niej, mocno przytulałem i oboje zasypialiśmy ‚na łyżeczkę’.
Spleceni w uścisku czuliśmy, że oboje żyjemy tylko i wyłącznie dla siebie.
To były najpiękniejsze wakacje naszego życia.

VII

Czasami zastanawiam się, po co tak właściwie piszę? Chyba po to, żeby nie zapomnieć.
Raz spisane słowa mogą być wieczne.

Ludzie każdego dnia za czymś gonią. Praca, jedzenie, sen, praca, jedzenie, sen… i tak w kółko. Bez końca. Każdego dnia umyka im życie sprzed oczu. Wielu z nas zapomina o tym, by czasami zatrzymać się i spojrzeć w tył. By móc złapać oddech i nacieszyć się tym, co udało nam się zdobyć: wspomnieniami.

Ludziom brakuje czasu na to, by otworzyć swoje szuflady i wyciągnąć z nich te rzeczy, które przypominają im o dniach, które należą już do przeszłości.
Żyjemy w świecie ‚tu i teraz’. Na bieżąco. Zapomnieliśmy, czym jest przycisk pauzy. Nie wywołujemy już zdjęć. Teraz zamiast ramek mamy profile na Instagramie.
Nigdy tego nie uznawałem.

Niech cały świat biegnie. Ja tymczasem wolę, jak ten romantyczny idiota, zatrzymać się wbrew wszystkim i wszystkiemu, by spojrzeć w tył. Bo w końcu, po co żyjemy, jak nie dla wspomnień? Po co śnić, skoro wszystkie sny od razu zapominamy?

Tak, chyba właśnie po to piszę. Żeby któregoś dnia móc do tych wspomnień wrócić. By nigdy o nich nie zapomnieć. W końcu rękopisy są wieczne. One nigdy nie płoną.

VIII

Pewnego dnia zawarliśmy z Julią pakt. Obiecaliśmy sobie, że nasze uczucia do siebie będą ponad wszystko i wszystkich. Niezależnie od tego, czy będziemy ze sobą do końca życia, czy któregoś dnia ze sobą zerwiemy.

Nasza umowa przewidywała, że w uczucia, którymi się darzymy, nie ma prawa mieszać się nikt trzeci. Wiecie, o czym mówię.
Zbyt wiele razy dzwoniliśmy do siebie by wyjaśnić plotki, które do nas docierały. Plotki, które za każdym razem okazywały się kłamstwem, a mimo to zawsze czuliśmy potrzebę ich zweryfikowania. Pewnego razu uznaliśmy, że to wszystko musi się skończyć. Jeśli nasze uczucia coś dla nas znaczą, to musimy wejść na wyższy poziom.
Zawarliśmy pakt.

Oprócz absolutnego zakazu wtrącania się innych w nasze uczucia, przewidywał on coś jeszcze. Obiecaliśmy sobie w nim, że jeśli kiedyś ze sobą zerwiemy, to nigdy nie przestaniemy być bratnimi duszami.
Nie zmienimy do siebie podejścia. Nie staniemy się sobie obojętni. Nie zostaniemy wrogami.
Bo zarówno ja, jak i ona czulibyśmy się jak ostatnie szmaty i przestalibyśmy w cokolwiek wierzyć, jeśli w momencie rozstania nasza sympatia do siebie w jakikolwiek sposób by się zmieniła. I nieistotne, czy się pokłócimy. Nieistotne będą też okoliczności naszego rozstania. Miłość jest ponad całe to gówno. Ponad obozami znajomych, którzy będą nas ‚pocieszać’.
Niech te szczury wokół nas gadają, plotkują i nastawiają przeciwko tej drugiej osobie. Taka rola ‚dobrych znajomych’. My za to któregoś dnia odnajdując się wzrokiem na wspólnej imprezie, otoczeni grupką przyjaciół, puścimy do siebie porozumiewawcze oko.
Bo wspomnienia i uczucia, którymi darzyliśmy bliskie nam osoby liczą się tylko wtedy, gdy potrafimy ich wszystkich szanować.
Bez tego cała ta szopka jest warta tyle samo, co listek papieru toaletowego.

Nie sądziłem jednak, że kiedyś do tego dojdzie…

IX

Wiecie, gdy zaczynałem pisać to opowiadanie, w planach miałem sprzedanie wam bajeczki o dziewczynie, która tak naprawdę nie istniała. Miałem opowiedzieć wam o wydarzeniach, które zawsze chciałem przeżyć, bo wyobrażałem sobie je jako coś niesamowicie romantycznego. Klamrą domykającą tę historię miał być moment, gdy pozwalam jej odejść. Wyjechać na studia.

Jednak do mojej wyidealizowanej fikcji wdarło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałem. Tą rzeczą była moja własna historia. Codziennie stukałem w klawisze laptopa i opisywałem wszystko to, czego sam doświadczałem. Stąd urywana narracja. Stąd te przeskoki czasowe. Stałem się więźniem własnego opowiadania. I ani trochę tego nie żałuję. Bo zaserwowałem wam coś, czego nigdy nie byłbym w stanie nadrobić kreatywnością i wątpliwymi umiejętnościami pisarskimi.

Chyba wreszcie dojrzałem, by przyznać, że nic, co przeczytaliście w poprzednich rozdziałach i co przeczytacie do końca tego opowiadania, nie jest fikcją. Bo najlepsze historie piszemy nie my, ludzie stukający w klawisze o trzeciej trzydzieści nad ranem, z papierosem w ustach, lecz właśnie życie.

No, ale dosyć tych truizmów. Gotowi na ostatni rozdział tej historii? W takim razie wiecie, co macie robić.

X- część pierwsza

To był ten dzień. Ten, w którym zostałem obdarty ze wszelkich złudzeń, marzeń i nadziei. W jednej chwili świat, który znałem, wszystko, co misternie budowałem przez lata zawaliło się. Nagle uświadomiłem sobie, że oprócz niej nie miałem nikogo. Przyjaciele? Odeszli. A właściwie sam ich pożegnałem. Pychą i szczerością, którą za każdym razem wycierałem sobie gębę. Zrozumiałem, że nawet nie mam do kogo zadzwonić. Nie mam nikogo, kto mógłby teraz złapać mnie za ramię i powiedzieć: będzie dobrze, stary, dasz radę. Obdarty ze wszelkich złudzeń i kompletnie samotny stałem pośrodku parku i nie wiedziałem, co mam dalej ze sobą zrobić.
I wtedy zadzwoniła ona:

– Chyba nie dokończyliśmy.
– Liczyłem, że to powiesz. I miałem nadzieję, że zadzwonisz.
– To dlaczego wyszedłeś? Czemu to zrobiłeś?
– Nie dałaś nam szansy…
– Kacper, powiedziałam prawdę. Boję się przyszłości. Boję się przyszłości z Tobą. Oboje mamy tragiczne charaktery, a ja od dłuższego czasu czuję, że to, co jest między nami, wkracza na jakiś dziwny tor. Jesteś pośrodku miasta, w którym nigdy nie byłam. Nie wiem, co mam robić. Czuję, jak wszystko ucieka mi sprzed oczu. Jakbym próbowała złapać dym gołymi rękami. Nie chcę tego ciągnąć. Nie chcę dawać Ci złudnych nadziei. Potrzebuję swobody i nie potrafię z Tobą być.
– Kocham Cię.
– Ja Ciebie też. Wiesz o tym. Ale przede wszystkim boję się tego, że któregoś dnia to wszystko się posypie. Gdy oboje będziemy do siebie przywiązani tak bardzo, że będziemy cierpieć jeszcze bardziej. Nie chcę tego. Zakończmy to teraz, póki jesteśmy młodzi i damy radę wylizać swoje rany. Zakończ…
– Hmm? Julia?

Spojrzałem na telefon i parę razy dotknąłem ekranu. Null, pieprzony złom zdechł na amen, a ja po raz kolejny stałem na rozdrożu, nawet nie próbując ocierać łez.

ŚCIEŻKA ZAPOMNIENIA

Ilu mieliśmy w swoim życiu partnerów? Ile przeżyliśmy miłości? Ile zawodów i ile pięknych chwil? Ile razy płakaliśmy do poduszki? Ile raz przeklinaliśmy los, że poznaliśmy tę, a nie inną osobę? Ile razy w waszych sercach umierało coś, co było dla was ważne, bezpowrotnie zostawiając po sobie jedynie bliznę?

Ile razy chcieliście cofnąć czas, oddać wszystko za sposobność ku temu, by przeżyć jeszcze raz, jeszcze jedną, ostatnią chwilę z osobą, której już z wami nie ma?

Ja raz.

NIE MOGĄC SPAĆ

Zna to każdy, kto choć raz stracił bliską mu osobę. Znają to wszyscy, którzy zostali porzuceni. Znają to wszyscy straceni. Leżąc pośrodku niczego, twarzą do ziemi, dupą w stronę mekki. Nie będąc w stanie się pozbierać. Kompletnie znokautowani. Spaleni w gruncie. Nie mogąc spać.

Do dziś pamiętam jej uśmiech. To jeden z tych uśmiechów, które potrafiły rozjaśnić nawet najbardziej ponury dzień. Taki, który potrafił rozgonić nawet najbardziej szare chmury. To uśmiech osoby, którą kochasz i która odwzajemnia to uczucie. Znasz to?

Pamiętam dokładnie dzień, w którym się poznaliśmy. Zima 2013 roku. To była wigilia u znajomych. Ja, świeżo upieczona ‚wolna partia’, ona – świeżo upieczona dziewica. Od razu wpadliśmy sobie w oko. Jej spodobał się mój czerwony podkoszulek, a ja zwróciłem uwagę na jej za duże skarpetki. Wyglądała w nich trochę jak Gargamel. Ale miałem to gdzieś – była śliczna. Najładniejsza istota, jaką kiedykolwiek widziałem. Gdyby miała być zwierzęciem, to z całą pewnością byłaby to łania. Albo sarenka.

CHODŹ DZIEWCZYNO, ROZPAL WE MNIE OGIEŃ

To był dla mnie ciężki okres, bo właśnie chwilę wcześniej skończyłem bardzo burzliwy związek. Wiecie, jak to jest – ogromny ból, oszołomienie, a później i tak zaczynasz pojmować, że wszystko to było gówno warte. Że to nie ta. Że to nie ten. Bo ludzie bardzo szybko potrafią zmienić do nas podejście po tym, gdy się z nimi rozstajemy. Nie potrafią uszanować uczuć, które między nami były.

Ale wróćmy do mojej Julii. Nie tak miała na imię, ale zawsze chciałem mieć jakąś Julię, więc tak będę ją nazywał. Zresztą, i jej podobało się to imię. Swojego nigdy nie lubiła.

Zakochaliśmy się w sobie od razu. Jak w tanim filmie klasy B. Bez zwrotów akcji i bezinteresownie. Cudowne uczucie, ale o tym kiedy indziej.

Weszła w moje życie z impetem i zapaliła we mnie ogień. I wiecie, wcale nie skłamałbym, gdybym teraz napisał wam, że nigdy nie wyobrażałem sobie, że mógłbym być na większym haju…

Nie oczekuję od was, że zrozumiecie to, co nas łączyło. Nie oczekuję nawet, że spróbujecie sobie uzmysłowić to, jak bardzo się kochaliśmy. Zamiast tego chciałbym, byście przypomnieli sobie o tych, których wy kochacie lub kochaliście najbardziej na świecie. Nie zapominajcie o nich i dbajcie o relacje z nimi, jeśli jeszcze z wami są. Bo wiecie jak to jest… Diamenty mają to do siebie, że bardzo szybko potrafią zgasnąć.

NIE ODCHODŹ

To był chyba najbardziej deszczowy dzień tej jesieni, a synoptycy zapowiadali, że wkrótce rozpada się jeszcze mocniej. Akurat kończyłem jazdy w jej okolicy i uznałem, że miłym gestem z mojej strony będzie, jeśli przyjadę pod jej dom. Jak się później okazało, tego dnia tylko to było miłe. Ale nie uprzedzajmy faktów. Wszedłem do jej mieszkania, rozebrałem się i postanowiłem się z nią przywitać. Leżała na łóżku zwinięta w kulkę. Pewnie znów jej nie poszło z matmy. – pomyślałem. Taki nasz pieprzony los. Piękni, młodzi i z wielkich ośrodków, a nie potrafią rozwiązywać całek. I przez te jebane całki potrafimy mieć spieprzony humor na całe tygodnie.

Położyłem się obok niej i przytuliłem ją.

– Znów matematyka, co?

Nie odpowiedziała. Słyszałem jedynie jej szloch i pociąganie nosem. Nie jakiś tam zwykły płacz. To były łzy i szloch osoby, która nie miała już czym płakać. Najgorszy typ płaczu, który zamiast ustawać, jedynie się nasila, niczym ból podczas migreny, i trwa, niczym najgorsza nawałnica. Tym bardziej uznałem, że ona mnie teraz potrzebuje. Jeszcze nie wiedziałem dokładnie dlaczego, ale czułem, że tak właśnie jest.

– O co chodzi, sarenko? Powiesz mi?

Obróciła się do mnie, a ja dopiero teraz dostrzegłem, jak bardzo spuchnięte od płaczu ma powieki. Jak żałośnie i słabo wygląda.

– Pamiętasz… – i znów zaniosła się tak przerażającym płaczem, jakby coś od środka miało ją rozerwać. Mimo to jednak starała się kontynuować – Pamiętasz jak dwa miesiące temu miałam ten ból brzucha?
– No jasne, że pamiętam. Wiłaś się wtedy, jakby ktoś Cię zjadał od środka.
– Więc…gdy poszłam do lekarza, to coś u mnie wykryli. Nie mieli pewności, więc skierowali mnie na dokładniejsze badania.
– Nie strasz mnie, co Ci jest?
– Dzisiaj tam byłam.
– Tak?
– Ja… Czwarte stadium. Nieoperacyjny.

Poczułem, jak coś we mnie uderza. Ogromna, nieprzenikniona fala bólu i cierpienia, połączona z oszołomieniem i niedowierzaniem. Ona ma dopiero dwadzieścia dwa lata. To nie może być prawda. Takie rzeczy nas nie dotyczą. Omijają nas. To nie może…
– Zostań przy mnie, nie odchodź.

PAMIĘCI JULII – DZIEWCZYNY, KTÓRA ROZPALIŁA WE MNIE OGIEŃ

Smutek i cierpienie zostało równo podzielone między ludzi. Problem w tym, że nie wszyscy byli na to gotowi. Ja nie byłem.

Pogrzeb odbył się siódmego lipca. Specjalnie na tę okazję kazałem uszyć sobie garnitur. Ironia, ale Julia tak bardzo chciała kiedyś zobaczyć mnie w garniturze, a dopiero na jej pogrzebie go na siebie założyłem. Nigdy ich nie lubiłem i chyba niesłusznie, bo gdy go włożyłem, od razu poczułem, że spodobałbym się jej w nim.

Szkoda, że tego nie widzisz, sarenko. Nawet koszulę z mankietami specjalnie kupiłem. Zawsze chciałaś, żebym kiedyś do Ciebie przyszedł ubrany właśnie w ten sposób i zbił Cię paskiem. Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję, że się przed tym broniłem. Ech, kurwa, szkoda, że mnie w nim nie widzisz… – pomyślałem sobie i zamówiłem taksówkę.

Pogrzeb odbył się w świeckiej atmosferze, w obecności najbliższych oraz mistrza ceremonii. Julka nigdy nie była zbyt wierząca, a już na pewno nie chciała, żeby ktoś prawił w jednym z najważniejszych dla niej dni jakieś pierdoły o Bogu i życiu wiecznym. Zuch dziewczyna, zawsze ceniłem ją za to, że nie kupowała tych bajeczek. Mnie potrzeba było trochę czasu, abym zrozumiał, że życie wiecznie to nie siedzenie w niebie, a wspomnienia, które po sobie zostawiamy w sercach naszych bliskich.

Pogrzeb odbył się siódmego lipca, a świat zaczerwienił się od ściętych róż. Mimo tego, że ani ona, ani ja nie wierzyliśmy w Boga, to czułem, że gdzieś tam na górze, w niebie, stoi ona i na mnie patrzy. Spogląda na mnie, dając swój ostatni koncert specjalnie dla mnie.

MOMENT, W KTÓRYM UMIERA NADZIEJA
Minęło sześć miesięcy od czasu, gdy się rozstaliśmy. Nasze drogi rozeszły się i każde z nas poszło w swoją stronę. Ale ja ciągle o niej pamiętałem. Każdego dnia budziłem się i zasypiałem z myślą o niej. Nie mogło być inaczej. Julia była dla mnie najważniejszą osobą i fakt, że ją straciłem nie pozwalał mi normalnie żyć. Zabrzmi to pewnie patetycznie i trochę jak z taniej książki dodawanej do jeszcze tańszego brukowca, ale prawda jest taka, że coś we mnie umarło. Jakaś część mojej duszy, kawałek serca. Czułem jak wewnątrz wypełnia mnie pustka.


Pojechałem do Ikei po nową pościel. Już od paru lat zabierałem się do tego, żeby ją kupić, bo stara była już niesamowicie wysłużona. Czerń popadła w szarość, a dawna faktura już dawno przestała być przyjemna i zaczęła być szorstka.

Chwilę zajęło mi wybranie tej odpowiedniej, lecz gdy już ją znalazłem, to bez wahania spakowałem ją do żółtej torby i udałem się w stronę kas.

Gdy wróciłem do domu, postanowiłem nie zwlekać dłużej – zabrałem się za ściąganie starych poszewek i począłem oblekać kołdrę w nową pościel. Parę chwil i po sprawie. Stara poszła do pralki, nowa zajęła jej miejsce. Poszedłem zaparzyć sobie herbatę.

Wieczorem, gdy już nadchodziła pora, by położyć się do łóżka, ściągnąłem ubrania, wziąłem jakąś książkę z półki i razem z nią poszedłem do łóżka. Kilkadziesiąt stron później uznałem, że to jakaś straszna szmira i zdecydowałem, że nie będę jej dalej czytał. Rzuciłem ją w kąt, zgasiłem światło i wtuliłem się w pościel.

Tym razem było inaczej. Poczułem, że czegoś mi brakuje. Jej. Zdałem sobie sprawę, że nie zmieniałem tej pościeli od paru miesięcy i pamiętała ona jeszcze chwile, gdy razem z Julią, z głową w jej włosach, zasypiałem, nie myśląc o niczym innym.

Moment, który zmienia wszystko.

Wiesz, że tej osoby już nie ma, wiesz, że ona już nie wróci. A jednak czujesz tą bliskość z nią. Jej zapach jest łącznikiem pomiędzy tobą a nią. Woń jej ciała, włosów i tych wszystkich wspólnych orgazmów, które przeżyliście leżąc w tym łóżku. Sto sześćdziesiąt centymetrów na dwa metry. Materac piankowy z lateksową wkładką.

To moment, w którym umiera nadzieja.

Odeszłaś. Najpierw zabrano mi Ciebie, a teraz bezlitośnie odbiera mi się wszystko, co po Tobie zostało. Ale jednej rzeczy nikt mi nie zabierze. Pamięci o Tobie.

X – część druga

Zapamiętajcie sobie na zawsze jedną rzecz. Wszyscy mogą odejść. Nawet Ci, którzy byli dla nas sensem naszego życia. Zwłaszcza Ci. W każdym momencie waszego życia, w najmniej spodziewanym momencie może zdarzyć się tak, że ktoś zdmuchnie wasz domek z kart. I nigdy nie będziecie na to przygotowani.

Każdy z nas ma taką osobę, dla której byłby skłonny wyjąć z siebie serce i pokroić je na talerzu, gdyby tylko ona o to poprosiła. To ludzie, których kochamy. Ci, w których lokujemy nasze najpiękniejsze uczucia. Ci, z którymi biegamy nocą po parku, Ci, dla których jesteśmy skłonni stawić czoła pięciu przeciwnikom, choć i tak wiemy, że ta walka z góry skazana jest na porażkę.

To Ci wszyscy, którzy sprawiają, że mamy dla kogo żyć. Oni wszyscy mogą w każdej chwili nas opuścić. Nawet jeśli nie fizycznie, to mogą zrobić to mentalnie.

Mogą powiedzieć jedno zdanie, po którym nie będziecie mieli już żadnych złudzeń. Tak jak pisałem wcześniej: marzenia i nadzieje – to wszystko w jednej chwili może legnąć w gruzach. Domek z kart się rozsypał. Dziwki pojechały do domu. Whisky się skończyło. Zostaliście sami.

Ale zapamiętajcie sobie też drugą rzecz. Nigdy nie warto przestawać walczyć o to, co jeszcze się tli. Ludzie będą wam powtarzać, że lepiej jest zamknąć pewien rozdział w życiu i zapomnieć. Będą wam wmawiać, że należy mieć godność i dumę. Że nie powinno się walczyć o uczucia ludzi, którzy nas odtrącają. Rany się zagoją, blizny schowacie pod swetrem.

Wszystkich, którzy tak mówią, uraczcie serdecznym ‚pierdolę was’ i zróbcie to, co podpowiada wam serce.

Stałem tam sam, z wyładowanym telefonem w ręku. Mogłem albo odejść, albo wyzbyć się tego, co niektórzy nazywają godnością i jeszcze raz zawalczyć.

Spojrzałem jeszcze raz na martwą czerń rozbitego ekranu, wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów i zapaliłem jednego z nich.

– Kurwa, nigdy się nie nauczysz – powiedziałem sam do siebie, po czym wyrzuciłem ten cholerny telefon i ruszyłem przed siebie. Jedno jest pewne. Kropka kończąca ostatni rozdział nie została jeszcze postawiona. Nikt nie zna słów ostatniego akapitu.

ZAWSZE SĄ DWIE DROGI

Jedną z nich jest wyparcie. Ścieżka zapomnienia. Dla jednych jest to ucieczka w nałóg, dla drugich sport, a jeszcze inni swoją gorycz i smutek przekuwają w sztukę. Jak ja. I choć brzmi to narcystycznie aż do bólu, to inaczej tego nazwać nie mogę. Tuż po zerwaniu z Julią byłem w kompletnej rozsypce. Mogłem albo pogrążyć się w nałogu, albo przelać swój smutek i żal w historie, które poruszą wasze serca i być może czegoś was nauczą. Tak powstał tekst o diamentach. O ludziach, którzy są dla nas bliscy i których blasku na co dzień nie dostrzegamy. Tak też powstała historia o umieraniu nadziei. I choć każda z nich była w większości fikcją, to najważniejszy ich element zawsze był prawdziwy. Były to emocje, które targały moje serce i które, nakierowane w odpowiedni sposób, dotarły i do waszych serc.

I głęboko wierzę w to, że coś w was zmieniły.

Dobre historie zawsze mają w sobie odrobinę fałszu. Ale to właśnie te najpiękniejsze wybrukowane są tylko i wyłącznie czystą prawdą. Te jednak prawie zawsze zostawiamy tylko dla siebie i bardzo niechętnie się nimi dzielimy.

ŚCIEŻKA WIARY

Jest też druga droga. Ścieżka, którą wtedy, na rozstaju dróg, gdy padł mi telefon, jakaś część mnie także postanowiła iść. Jest to ścieżka wiary. Jedna część mnie pogodziła się z odejściem Julii, lecz druga, ta, o której istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia, zdecydowała dalej trwać w pamięci o niej. I o tej pamięci wspominałem pod koniec fragmentu zatytułowanego Moment, w którym umiera nadzieja. Z jednej strony chciałem o tym wszystkim zapomnieć, a z drugiej – serce podpowiadało mi to, aby tego nie robić. Część mnie została przy tym, że kiedyś, być może w bardzo odległej przyszłości, znów się spotkamy.

I znów odnajdziemy się na nowo.
I wiecie co? Wiecie, w końcu już o tym pisałem.
Nie wierzę w Boga, życie po śmierci, ani obietnice polityków. Wierzę natomiast w to, że istnieje coś ponad nami. Jakaś kosmiczna siła, która ujawnia się wtedy, gdy kogoś bardzo mocno kochamy. Nazwijcie to przeznaczeniem lub boską cząstką.

Ja nazywam to miłością.


A PO LEKTURZE…

Udało się. W końcu moje pierwsze opowiadanie ujrzało światło dzienne. Wiem, że prawdopodobnie nie czyta się tego równie dobrze, jak opowiadań Gombrowicza, ale… to moja pierwsza, dłuższa forma. Mam nadzieję, że się wam podobało, że jako tako sprostałem zadaniu i że kiedyś w końcu uda mi się pisaniem zarobić na swoje czarne porsche 911. Koniecznie cabrio.

Zdaję sobie sprawę z tego, że możecie czuć niedosyt, że w opowiadaniu czuć dziury czasowe, że chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o Julii, ale… właśnie tak miało być. Pamiętacie? Pisałem już o tym wcześniej:

Dobre historie zawsze mają w sobie odrobinę fałszu. Ale to właśnie te najpiękniejsze wybrukowane są tylko i wyłącznie czystą prawdą. Te jednak prawie zawsze zostawiamy tylko dla siebie i bardzo niechętnie się nimi dzielimy.

Nie zdradzę Wam wszystkiego, bo na tym polega magia tej opowieści. Podzieliłem się z wami prawdą, podzieliłem się z wami smutkiem i pięknem, które mnie nawiedziło, ale żeby to wszystko miało sens, wiele z tych rzeczy musi zostać niedopowiedzianych.

Chciałem aby to była bardzo uniwersalna opowieść, którą każdy będzie mógł dopasować do swoich przeżyć. Żonglując kiczem (stąd tytuł), stylem śmietnikowym oraz tym nieco bardziej wyszukanym, chciałem stworzyć historię, która będzie przystępna dla wielu i wielu ją zapamięta.

Mam nadzieję, że mi się udało.
Jeśli nie, to idźcie do diabła.


Teraz natomiast chciałbym, abyście w komentarzach poniżej, na świeżo, przelali swoje myśli i oprócz oczywistych pochwał oraz zachwytów dali mi, nawet jeśli nie wskazówki, to jakieś rady, co w przyszłości mógłbym zmienić, a na czym waszym zdaniem się skupić.
Klasycznie i tak pewnie większość uwag będę miał w dupie. W końcu pozjadałem wszystkie rozumy. Niemniej, parę wartościowych rad z waszych komentarzy wyłowię i na pewno się do nich zastosuję.

At last but not least chciałem podziękować wszystkim korektorom, którzy sprawili, że ten tekst błyszczy jeszcze bardziej niż przed poprawkami. Szczególne podziękowania kieruje zwłaszcza do Melanii Paszek. Wierzę, dziewczyno, że jeszcze razem coś nagramy.

Tymczasem mogę otwarcie powiedzieć, że ten fragment historii, którą będę jeszcze przez bardzo długo wam opowiadał, zostaje na zawsze uznany za zakończony. Czas zrobić miejsce dla nowych postaci, nowych miejsc oraz całkowicie nowych puent i przemyśleń.

Do zobaczenia po ciemnej stronie księżyca…


Aha, prawie zapomniałbym – kliknij TUTAJ like’a, a od dziś i ty, i ja będziemy szczęśliwi. Możesz także zacząć obserwować mnie na moim PROFILU PRYWATNYM i dzięki temu jako pierwszy będziesz dostawał informacje o najnowszych wpisach.
Przypominam jednocześnie, że każdy chamski, wulgarny czy w jakikolwiek sposób czepialski komentarz zostanie natychmiast usunięty. To mój dom i to mi ma być tutaj wygodnie.

Poprzedni post Następny post

Mało? Mam dla ciebie parę propozycji:

  • Mateusz Konefał

    Bardzo fajna historia, widać, że się postarałeś. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz, dlaczego masz tak mało komentarzy ostatnio. Przy twoich starych tekstach jest ich pełno, a teraz tak jakby pusto.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Są dwa powody:
      Pierwszy – ludzie wolą komentować na Facebooku, bo to medium jest im bliższe
      Drugi – To są starsze, lepiej wypozycjonowane teksty. Tam komentarze pojawiają się na wiele miesięcy po ich publikacji :)

      • Mateusz Konefał

        Myślałem, że po twojej przerwie zmalał ci zasięg

        • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

          Wzrósł do tego stopnia, że lipiec był miesiącem, w którym zanotowałem największą ilość wejść oraz unikalnych użytkowników w historii prowadzenia tego bloga.
          40 tyś. U.U i 150 tyś. odsłon.

          • Dot

            Wow, to gratulacje, Anonimku! :)

  • Dominika

    Czekałam na to opowiadanie, czekałam na uzupełnienie tych właśnie luk i dopiero teraz zrozumiałam, co miałeś na myśli. To te luki dają nam uniwersalność i możność odniesienia. Co do samego tekstu… Jak zwykle wyłapałam trochę interpunkcji, ale każdy twórca ma własne zasady. Myślę, że będę Julię pamiętać jeszcze długo.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Taki był zamiar ;)

  • Weronika

    Popełniłam jeden błąd.
    Duży błąd, nawet bardzo. I nie wiem, czy jest wybaczalny. No, ja sobie go nie wybaczę.
    21:32- po całym dniu w sumie robienia niczego jestem wyczerpana. Jednak czekałam na tekst i chcialam koniecznie przeczytać go dziś.
    Zdecydowanie nie był to dobry pomysł. Tak.
    Tekst przeczytany dość pobieżnie, ale coś tam wpadło mi w pamięć.
    Dobry. Serio dobry tekst. I tak, Bułhakowem to Ty (póki co) nie jesteś, jednak masz to „coś” co lubię (no tak, musisz mieć…przecież w innym wypadku bym nie czytała Twych wypocin od już, no, grubo ponad roku). Tekst przyjemny, momentami jednak „wyłączałam się ” (ale zwalmy to na zmeczenie, a nie na tekst ;)).
    Historia śliczna, piękna. Ta romantyczna, lubująca się w smutnych, pięknych historiach bardzo ją polubiła.
    Trzeba też przyznać, że jesteś dojrzały, nawet bardzo. Zdajesz sobie sprawę z wielu rzeczy. Lubię to w Tobie.
    Ogólnie Cię lubię.
    No, nie ważne. Aktualnie nie mogę doczekać się, aż „wejdę” w tekst, przeanalizuję go, nie zostawię na nim suchej nitki i będę spełniona. Tak.
    Nie przedłużając już- tekst przyjemny, dobry, czekaj na dłuższą recenzję.
    Besos.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Czekam :)

      • Weronika

        Btw, mam nadzieję, że zaglądasz na mail kontaktowy, bo prawdopodobnie tam napiszę. Skrobanie w komentarzach jest mi niewygodne. Więc jeśli przyszły Michaił nie będzie miał nic przeciwko to prawdopodobnie tam napiszę.

        • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

          Maila sprawdzam codziennie, bez obaw.

  • K.

    Wow. Aż nie wiem co mam napisać, bo kiedyś chyba popełniłam błąd pisząc Ci, że przypominasz mi mojego byłego.
    Tekstem nie doprowadziłeś mnie do łez, ale pozwoliłeś mi się ze sobą utożsamić.
    Dałeś mi sporo do myślenia, dziękuję.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Jak już się ze mną utożsamiłaś, to zajrzyj do majtek. Spodoba Ci się.

  • Zuza

    Na 3+ bo bardzo Cię lubię i w sumie pomysłowe, ale jednak zbyt wiele chaosu i Twój styl sprawia, że nie czyta się tego zbyt lekko. Wolę czytać Twoje teksty zahaczające o publicystykę.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Dziękuję pani profesor. Kiedyś jednak mój chaotyczny styl pisania będą wykładać w szkołach ^^

  • Kuba Nowak

    Wiem, że napisałeś, że historie zakrapiane fikcją mogą być dobre, ale te rzeczywiste dopiero są świetlne, ale wybacz, że użyję tego słowa bo chcę, żeby miało inny wydźwięk.

    Dobre to.

    Nie tylko, ale aż dobre, wiesz, o co mi chodzi. Naszła mnie myśl, że czekam, aż już zrobisz karierę i będziesz pisał jeszcze lepiej, bo Twoja autobiografia będzie świetna, tego jestem pewien. ;-)

    Ktoś tam na dole napisał, że chaotyczne. Trudno się nie zgodzić, i pewnie za kilka dni przeczytam opowiadanie jeszcze raz, próbując sobie całość dobrze ułożyć w głowie.

    Poza tym znalazłem chyba kilka błędów interpunkcyjnych i jedną literówkę, ale to już wypiszę po drugim podejściu w osobnym komentarzu.

    Cholera, nigdy nie wiem, jak takie coś zakończyć. Nie wiem, może być „dobra robota”?

  • Amii

    Czekałam na to opowiadanie z zapartym tchem odkąd tylko o nim usłyszałam. Już wiem, jak czują się fanki przed koncertem ulubionego zespołu. Myślałam, że będę mogła logiczne się wypowiedzieć chociaż raz, bo do tej pory zostawianie komentarzy sumiennie omijałam. A teraz? Nie wiem co powiedzieć. Chwilę przed tym jak zaczęłam zobaczyłam post o tekście, żegnałam się z ukochaną kuzynką. Efektem tego, był atak płaczu przy czytaniu. I o to cholera chodzi. Teraz trudno znaleźć coś co trafiłoby mi w serce. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest to niemal niemożliwe i tą umiejętność nieszczęślIwie dostał tylko mój były. Panie Kacprze, oficjalnie wchodzi Pan do tego skromnego grona. Nie będę oceniać stylu czy innych technicznych aspektów i tak niewiele wiem. Ale powiem Panu, Panie Kacprze, że jeśli będzie pan pisał tak jak dotychczas, szczyt będzie przybliżał się w szybkim tempie.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      No taką mam, kurwa, nadzieję.

  • Caroline

    Zdecydowanie coś pięknego :)

  • MajA.

    Myślę, że skoro obiecuję niespodzianki, jeżdżę w środku miesiąca na godzinne spotkania, przytulam w kolejce do toalety, pożyczając okulary do pozowania i męczę na snapie, opowiadając historie życia, przydałoby się też komentować te ważniejsze wpisy.
    Z Julią czuję nić porozumienia w postaci używania tego imienia. Czasem też się tak przedstawiam nieznajomym, bo w sumie to moje drugie imię. Dosłownie.
    Co do „chaosu”… Sądzę, że to integralna część tej opowieści. Przy niektórych emocjach trudno się go pozbyć. A znam uczucie pustki, które towarzyszy znikającym diamentom.
    Myślę, że do każdego dotrzesz w inny sposób. Dokładnie tak, jak piszesz. To udana sztuka. Artysto. (Bez ironii).
    Nie wiem, czy spodziewałam się fajerwerków, ale czuję też lekkie rozczarowanie. Suprajs- życie.
    Brak idealności tego opowiadania, nadaje mu charakteru i autentyczności. Mnie się podoba.
    A.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Mocne 2/10

  • Kami

    Pierdole to czy widziałam literówkę, czy w pewnym momencie nie wiedziałam co jest prawdą a co fikcją… To było po prostu piękne. I nawet nie zdajesz sobie sprawy ile razy w głowie powiedziałam sobie ” zupełnie tak jakbym czytała swoją historię”. Dziękuję Ci za ten tekst,i za to, że mogę czasem zatopić się w twoich słowach zapominając o wszystkim innym, popierdolonym chaosie jaki mnie otacza. Dobranoc

  • n.wiatr

    To było piękne, wiesz?
    Ten tekst, bardziej niż inne, pokazały mi Ciebie. I to, chociaż nie wszystko jest prawdą, najbardziej mi się podobało, mistrzu internetowego pióra
    Jest 1 w nocy i doszłam do wniosku, że takie rzeczy najlepiej czyta się właśnie teraz, wtedy sa najbardziej magiczne

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      „Mistrzu internetowego pióra” – i teraz zastanawiam się „jak to odebrać?” :D

  • Arkadiusz Olszowski

    Bardzo wzruszające i pełne emocji jka każdy Twój wpis, czytam od dawna i jestem zachwycony tym jak postrzegane różne sprawy i tym jak je oceniasz wg swojego zdania. Lubię jka pokazujesz wady w rozumowaniu ludzi, społeczności, czy wady płci. Lubię to w jaki sposób pokazujesz tą częstą humorystyczną stronę życia.
    A wracając do tego opowiadania to jest przepiękne i naprawdę ma w sobie coś wyjątkowego i mam nadzieję, że kolejne będą takie same :)

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Kolejne będą całkowicie inne.

  • Margott

    Wiesz dlaczego to czy popełniłeś jakiekolwiek błędy, pozwoliłeś na odrobinę chaosu, pozostawiłeś niedopowiedziane fragmenty czy to, jakiego użyłeś języka nie miało dla mnie znaczenia? Bo dotarłeś tą opowieścią do moich emocji i moich wspomnień. Udało Ci się zachować uniwersalność tej historii na której Ci zależało, dzięki czemu nie ważne były dla mnie słowa, które widziałam przed sobą lecz to, co widziałam gdy co jakiś czas(chociażby przy bardzo słusznie wprowadzony przerwach na refleksje w postaci piosenek) zamykałam oczy. Naprawdę, piękne opowiadanie. Nie tylko jak na pierwsze, ale po prostu piękne. A to dlatego że mówi o tym co tak naprawdę trafia do każdego człowieka. Czyli o wspomnieniach których emocje bardzo często wciąż w nas żyją, lecz dopiero odpowiednio dobrane słowa potrafią je na nowo obudzić i spojrzeć na nie w inny sposób.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      dzięki ;)

    • Dot

      Zgadzam się z Tobą.

  • http://instagram.com/allandnothingg Marcelka

    Byłam wczoraj cholernie zła, zazwyczaj staram się czytać wpis od razu po dodaniu niestety wczoraj internet mnie zawiódł w chuj.. Dzisiaj usiadłam udało mi się wejść tu i przeczytać to cudo co napisałeś. Historia jak z filmu. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak płakałam. Czekam na następną część! Buzi!

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Ta historia już dobiegła końca. Ale będą kolejne opowiadania z całkowicie inną tematyką.

  • martushka

    Historia powabna i zwiewna, z Twoim sylem pomiędzy każdą literką.
    A l e powinienes mi to zapakować w pdf, opchnąć i przysłać w paczce na święta razem z skarpetkami w mikołaje, względnie sprezentować na ebooku.
    Pokochałabym Ciebie wydanego na papierze .

    *Zorganizuj już kolejne spotkanie spotkanie, będzie o czym rozmawiać *wink wink*

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Pomyślimy.

  • Sarna

    Podoba mi się ten powstały we mnie niedosyt, który zostaje po przeczytaniu twojego opowiadania.

  • Martyna Sobczak

    Kacper, kurwa, ja nie byłam gotowa żeby to przeczytać. Trafiłeś w najmniejszą dziurę w sercu, o której niemal zapomniałam. Nie wiem, czy powinnam Cię znienawidzić czy kupić Ci dobrą wódkę w podziękowaniu. Nie wiem, czy moje życie się zmieni, ale wiem, że dzisiejsza noc będzie bezsenna.
    Gratuluję.

  • Angie.

    Jest coś porywającego w Twoim stylu pisania. Może nie do końca mój ulubiony, ale na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Trzymam za słowo

  • kejti

    Godzina późna, biorę się za czytanie zaległego opowiadania. Mój były razem ze swoją obecną kłócą się i wplątują w to mnie. Moje emocje to jakaś porażka, mam niesamowitego doła, ale powiem Ci jedno…
    Kacper, kocham tą opowieść. Zastanawia mnie to ile w niej prawdy, jednakże wiele ona wyjaśnia. Czuję, że lepiej Cię dzięki niej rozumiem, chociaż to zapewne tylko złudne uczucie. Dobra, dałam radę z pierwszym komentarzem na Twoim blogu, może jeszcze będą ze mnie ludzie.
    Lovki i pozdrawiam gorąco x

    PS. Nie zwracaj uwagi na fotkę, ukrywam się przed znajomymi ;)

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Nie zwracam ;)

  • Dot

    „Każdy taką zna: dużo szczeka, niewiele wie.” :D

    Moim zdaniem nie musisz niczego poprawiać. Piszesz poprawnie gramatycznie i stylistycznie, w swoim stylu, który tak bardzo lubimy, a co najważniejsze – piszesz szczerze, co myślisz, nie owijasz w bawełnę.
    Czekam na 20 września ;)

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      Października ;)
      Plus nie czytałaś tego tekstu przed poprawkami. Korekty przy prawie 8 tysiącach słów są konieczne.

      • Dot

        Aaa, rzeczywiście, października. Kurczee, to się naczekam.
        Pewnie, zawsze może być lepiej, warto poprawiać ;)

  • zakonnik

    Najpierw ten komentarz był w chuj długi, ale nie lubię komentować bo zwykle robię to z myślą, że nikt tego nie przeczyta. Więc powiem jedno, proste:
    dziękuję za zmienienie poglądu na świat.

    • http://anonimove.com/ Kacper Ożóg

      You’re welcome.

  • http://natulusia.blogspot.com/ Natulusia

    Magia. Jesteś czarodziejem. Potrafisz poruszyć serca o wiele lepiej niż ci tamci wymienieni u góry. Lepiej, bo prawdziwie… Czarujesz, mój drogi, oczarowujesz swoim słowem…
    Dziękuję.

  • http://natulusia.blogspot.com/ Natulusia

    Dziękuję.