OPOWIEŚĆ, Relacje międzyludzkie, Seks & relacje damsko męskie

Kiedy można powiedzieć, że ”to jest TO”?

Parę miesięcy temu napisała do mnie pewna czytelniczka…

Zadała mi 3 – z pozoru błahe – pytania, które początkowo olałem. Ich treść brzmiała następująco: ”Kacper, kiedy poznając kogoś, będę mogła powiedzieć, że to jest TO? Że to jest TEN facet? Że to jest TEN związek?”.

Nawet nie próbowałem podnieść rękawicy, którą mi rzuciła. No bo jak to tak? Mam w jednym mailu przedstawić jej uniwersalną odpowiedź na to, czym jest istota związku, z którym chcemy wiązać całą swoją przyszłość? Co ja, kurwa, psycholog Joanna z Brawo jestem?

Jakiś czas temu jednak próbowałem ugryźć ten temat. Z jednej strony dlatego, że czułem iż taki jest mój obowiązek wobec swojego czytelnika, a z drugiej… cóż, chciałem sprawdzić, czy samemu wiem kiedy następuje moment, w którym możemy powiedzieć, że trafiliśmy na taki związek.

Napisałem tekst, z najmroczniejszych czeluści ośrodka logiki wytoczyłem całkiem nie najgorszą puentę  i… i w całości go skasowałem. Dlaczego? Cóż, uznałem, że jest beznadziejny. Podszedłem do sprawy matematycznie. Chciałem przedstawić i omówić uniwersalne przykłady, które sprawdzą się w przypadku wszystkich, którzy ten tekst przeczytają. Czyli na dobrą sprawę będą one o kant kulawej pizdy rozbić. To był jeden z nielicznych momentów, gdy zapaliłem papierosa od czasu, gdy rzuciłem palenie. Ten też mi nie podszedł, więc po dwóch machach trąciłem nim w studzienkę ściekową.

Dzisiaj jednak, wracając autobusem po pracy, włączyłem piosenkę, której słuchałem setki razy i mnie olśniło. Fala emocji uderzyła we mnie z siłą godną spustu samego Jezusa. Po części przez solówkę Jimmy’ego Page’a, a po części dlatego, że stanęły mi przed oczami wszystkie chwile, które kiedyś utwierdzały mnie w przekonaniu, że to jest właśnie TO.

I wiecie… to nie będzie kolejny poradnik o tym, jak znaleźć miłość i wkręcić się w obłoki idealnego związku. Nie czułbym się fair, gdybym coś takiego Wam zafundował. To będzie raczej opowieść o chłopaku, który kochał pełnią swojego malutkiego serca i który opowie wam o tym w nadziei, że odnajdziecie w tej historii samych siebie…

MOMENT, GDY POCZUŁEM, ŻE TO JEST TA OSOBA

Nastąpił podczas naszego pierwszego spotkania. Oboje byliśmy spaleni, we krwi wariowały nam procenty, a my, nie wiedzieć czemu, znaleźliśmy się razem w łóżku. Ona była dla mnie drugą, ja zaś byłem jej pierwszym. Ściągnąłem jej majtki i zobaczyłem najbardziej uroczy widok, z jakim spotkałem się do tej pory. ”Od dzisiaj będę mówił do ciebie łasica” – powiedziałem z uśmiechem na ustach. ”Dlaczego?” – spytała. ”Bo masz tam takie pocieszne futerko, że zamiast zatapiać w nim swoje usta, chciałbym z Tobą spędzić noc na rozmowie” – odpowiedziałem i ani się obejrzałem, a przegadaliśmy ze sobą wschód słońca. To był pierwszy moment, gdy poczułem, że to ta jedyna.

Czułem to także, gdy jechałem dla niej przez pół Polski, wysłuchując jak dwóch Ukraińców przez 14 godzin w śmierdzącym TLK, przedstawia mi swój pomysł na ”genialny biznes”. Miał nim być wóz z pierogami we wszystkich smakach. Czyli po rusku i z mięsem. ”To, kurwa, musi być to, jeśli specjalnie dla niej tłukę się w tym zardzewiałym przedziale i wysłuchuję tych bredni”.

Czułem to także wtedy, gdy po raz pierwszy znienawidziłem jej matkę i po raz drugi jej ojciec powiedział mi, że nie musimy się lubić. Bo jeśli jestem TYM facetem, to najważniejsze dla mnie powinno być jej dobro i to, co jest między nami. No a jego obowiązkiem jest chcieć uciąć mi jaja. Parę kieliszków później spytał się mnie, że ”co ja czułbym na jego miejscu do mnie? Przecież jestem ”tym kolesiem, który bzyka mu córkę”.

Złapałem się na tym i w chwili, gdy oboje płakaliśmy na Titanicu oraz łapałem się wielokrotnie, gdy zasypialiśmy wtuleni w siebie, a rano budziliśmy się w tej samej pozycji. Czułem to też w chwilach, gdy około 4 nad ranem lądowałem na podłodze, ”bo oczywiście jaśnie, kurwa, księżna nie może zajmować połowy łóżka tak, jak należy, tylko musi się wielce rozjebać na całości”. Tak, wtedy zdecydowanie wkurwiało mnie to, że i w takich momentach czuję, że to jest TA kobieta.

Ale nie zawsze było kolorowo. Gdy pierwszy raz zerwaliśmy, każdego wieczoru serce przypominało mi o tym, że to BYŁA TA osoba. Szczerze? Wolałem wtedy sen, bo to była jedyna kraina, w której tylko sporadycznie o niej myślałem. Jawa była nie do zniesienia. Życie smakiem przypominało czarną kawę, parzoną na moczu starego marynarza. Było nie do zniesienia. Wiecie czemu? Bo czułem, że straciłem JEDYNĄ SZANSĘ.

Później wróciliśmy do siebie i znów czułem, że wszystko wróci do normy. JEDYNEJ słusznej normy. Takiej, w której wersy piszemy w duecie. Ja i ONA.

Niestety, jeśli uważnie czytaliście mojego bloga, to wiecie, że nasza historia dobiegła końca. Ale nie jest mi z tego powodu źle. Czuję, że chyba tak musiało być.

Życie to nie piosenka. Tutaj nie każda nuta się układa. To też nie bajka i nie zawsze wiąże się ono ze szczęśliwym zakończeniem. Czasami przypomina ono wiersz, który nie do końca chce się rymować.

Ale wiecie… szczęście nie zawsze musi się rymować. Czasami jakiś żałosny tren musi wybrzmiewać przez setki akordów, by w końcu doprowadzić nas to momentu, gdy złapiemy się na tym, że przed nami stoi właściwa osoba. I nie ważne czy kiedyś już to czuliście. Nie istotne, że przeżyliście zawód.

Życie to nie egzamin jednego podejścia. To test wielokrotnego wyboru, który możecie zaliczać do czasu, aż poczujecie, że zdaliście go w pełni dobrze. Nie przejmujcie się upadkami i tym, że wasze serce niejednokrotnie taplało się w szambie. Płyńcie swoją odnogą rzeki nie oglądajcie się za siebie. No może czasami przeproście się z przeszłością, tak jak i ja to teraz robię.

Płyńcie, a być może – i głęboko wierzę w to, że tak właśnie będzie – któregoś dnia i wy traficie na swoją łasicę. Na swojego wilka. Przypomnijcie sobie wtedy ten tekst i myśl, którą go zakończyłem:

Nie ma uniwersalnej definicji miłości. Nikt nie powie Wam, kiedy będziecie mieli pewność, że TO JEST TO! Ci, którzy tak twierdzą, tylko żerują na waszej naiwności. Bo tego nie da się skatalogować. 

To coś poczujecie w miejscu, o którym istnieniu będziecie widzieli tylko Wy i ludzie, których tam wpuścicie

W waszym sercu. 


Aha, prawie bym zapomniał – kliknij TUTAJ like’a, a od dziś i ty, i ja będziemy szczęśliwi. Możesz także zacząć obserwować mnie na moim PROFILU PRYWATNYM i dzięki temu jako pierwszy będziesz dostawał informacje o najnowszych wpisach.
Przypominam jednocześnie, że każdy wulgarny, chamski czy choć trochę niemiły, względem mnie lub moich czytelników, komentarz zostanie natychmiast usunięty. To mój dom i to mi ma być tutaj wygodnie.

Poprzedni post Następny post

Mało? Mam dla ciebie parę propozycji:

  • Ajs_kolt

    Zgadzam się w 100%, sami jesteśmy kapitanami własnych serc. Anonimku ten snap z toaletą #first class 😂

  • Mroczna

    No powiem Ci ze trochę mi to dało do myślenia, chociaż wątpię żeby kiedykolwiek cokolwiek zmieniło moje zdanie na temat przysłowiowego „tego czegoś”. Osobiście uważam ze chyba nie ma czegoś takiego tylko przyzwyczajeniem ludzi do siebie, ale to może tez być to ze póki nie doświadczenia nie uwierzę, a żeby tego doświadczyć to w moim przypadku będę uważać to za cud.

  • Dot

    „Nie przejmujcie się upadkami i tym, że wasze serce niejednokrotnie taplało się w szambie. Płyńcie swoją odnogą rzeki, nie oglądajcie się za siebie. No może czasami przeproście się z przeszłością.”

    „Nie ma uniwersalnej definicji miłości. Bo tego nie da się skatalogować. To coś poczujecie w miejscu, o którym istnieniu będziecie widzieli tylko Wy i ludzie, których tam wpuścicie. W waszym sercu.” Jak Ty to pięknie napisałeś…! :)

    <3